Wchodzę w ciebie
jak wilgoć
w porowatość ziemi.
Spalam ciebie
jak płomień białe ciało świecy.
Wyparuję
jak wilgoć.
Zgaśniesz
Tak jak świeca.
Zsuniemy się w zmęczenie
jak w głąb wody
kamień.
A ona cicha jak zmierzchanie.
Snuje się wiotko przez pokoje.
Wargi różowe ma, wilgotne.
Jej twarz pochłania całe światło.
Hiszpańskie włosy, oczy szklane.
A ciało to bułeczka ciepła.
Czasami uśmiech mi przesyła
a wtedy staje w biegu serce.
Jest niepozorna, jakby wcale.
Wypełnia pustkę jednocześnie.
Przyzywać ją można jak wspomnienie,
dobre wspomnienie, dobrych dni.
Potem zapomnieć, potem schować,
by móc wydobyć w każdej chwili.
Jak dobry wiersz, który jest w książce,
która jest w mojej biblioteczce.
A nocą się zasłania snem,
jest niewidoczna, aż do dnia.
Ale dzień wstaje, ona z nim.
I jest w nim aż do nocy znów.
W mych snach jej nie ma.
Czemu, nie wiem.
Może dlatego nie chce być,
by nie przeszkadzać. Cicha tak.
Jest cicho. Świeci słońce.
Wiatr usnął.
I ani jednej myśli w głowie!
Ani jednej myśli w głowie.
Ani jednej troski w sercu.
Ani jednej drzazgi w mózgu.
Wieczność!
Anioł śmierci tu zstąpił, jest pomiędzy nami.
Jasne, że go nie widać, lecz jest właśnie tu.
Nasze oczy się stały spokojnymi wodami.
Anioł śmierci zapachniał chloroformem bzu.
Anioł śmierci jest tutaj, milczymy jak sprzęty.
Nie marzymy o Dobrym i nie drżymy przez Złym.
Anioł śmierci tak cichy, jak najcichszy święty.
Anioł biały, milczący, jak na scenie mim.
Anioł śmierci tak cicho nasze ręce łączy,
tak łagodnie w posłaniu naszym nas układa.
Nagle płoszy go galop naszych serc rosnący.
Anioł zmyka pospiesznie w pantomimie "Zdrada!"
Miotałem na nią straszne obelgi.
Lżyłem ją.
Na szczęście
nie doszło do rękoczynów.
Potem
trochę się przejaśniło
to niebo między nami
i uzmysłowiłem sobie,
że to przecież nie ją
chciałem zranić, upokorzyć.
Starałem się tylko
skutecznie
przepędzić tego złego ducha.
który w nią wstąpił
na chwilę.
A przepędzałem go
moim złym duchem,
którego przywołałem
na tę okoliczność.
Tu anioł by nie pomógł.
Klin wybijesz tylko klinem.
Więc złego wypędzam z niej
swoim złym,
który stale krąży wokół mnie
w pogotowiu.
Jak dzikie zwierzę
tresowane
na specjalnych poruczeń.
Być może.
Być może to,
co pisaliśmy wtedy
na kartkach wymiętych
jak zasmarkane chustki do nosa
- było wierszami.
W czasie tym
piach powietrza
zasypywał nam usta,
a mimo to byliśmy szczęśliwi,
wiemy o tym teraz!
A tamte wiersze
były rozpaczliwie złe.
I to każdy dzień naszego życia wtedy
był najpiękniejszą poezją,
wierszem, poematem...
Być może, działo się tak
za przyczyną najtańszego alkoholu,
którego nadmiar
wyszarpywaliśmy z siebie
bez skrępowania,
w rtęciowych zaułkach miasta...
W naszych płucach
świstał tytoniowy wiatr,
kiedy z zadyszką,
natrętnie,
bez końca,
recytowaliśmy poetów
którymi dzisiaj gardzimy...
Mówiliśmy o swoich udziałach w orgiach,
ale żyliśmy w onanicznym celibacie,
w łasce uświęcającej niewiedzy,
która - nieskażona -
była, być może,
darem bożym...
Później,
oszukani,
bez skrupułów zdradziliśmy w odwecie
naszych ukochanych proroków:
trzech krzykliwych Majakowskich
wymieniliśmy na jednego
pokornego Lowella,
jak znaczki pocztowe, mówiąc:
- Nie wszystko złoto, co się świeci...
Ukorzyliśmy się,
marnotrawni,
przed złotym cielcem
dwutysięcznego banknotu.
Prawą ręką pisaliśmy wiersze,
lewą mnożyliśmy ilość wersów
razy
skandaliczne stawki autorskie...
Widzieliśmy
- ślepi nadal -
jak kolejne lata opuszczają nas,
jak nasze znerwicowane żony,
których cierpliwość
wyczerpaliśmy do końca...
Być może, nasza poezja
usprawiedliwi kiedyś
naszą nieumiejętność
przystosowania się..
Być może, piętno poety,
czyniące nas niezdolnymi
do życiowego życia
usprawiedliwi kiedyś
naszą niezrozumiałą liturgię
szczodrobliwie rozsypywanego czasu...
Być może, poezja jest odpuszczeniem,
jak chce tego Kawafis,
i - być może -
uwierzyliśmy w jej miłosierdzie,
skoro nadal piszemy:
być może - wiersze...
Bzowa noc,
bzowy moloch,
bzowa kofeina.
Eter bzu,
bzu narkotyk,
świetlna dziura księżyca.
Panna z twarzą gipsową
w sukni białozielonej,
mgielnej.
Sama z mgły,
jak kadr filmowy
wyświetlony
na ekranie nocy.
Niedostępna jak kadr,
jak wszechświat chłodna
i jak wszechświat niema.
Kiście bzu,
jak zwierzątka:
chłodne, mokre bobry.
Ciężkie gąbki bzu,
bzu wątroby.
Gaz bojowy, trujący
- ten bzowy iperyt.
Bzy, bzy i bzy
Za dużo ich,
szalonych.
Nie chcę dzisiaj
tej panny
mgielnobiałozielonej.
Więc odchodzi,
posłuszna.
Po co mi ona,
dzisiaj.
Tej nocy wystarczą mi bzy,
same.
Bzowa paranoja...
Cała światowa literatura,
to jedna wielka rozmowa,
wszystkich
ze wszystkimi.
Uświadomiłem to sobie
25 marca 1978 roku.
Bierzemy w niej udział wszyscy:
zarówno zmarli,
jak i żyjący.
A więc i ja,
któremu wydaje się,
że jest młodym pisarzem,
poetą.
Także Faulkner,
którego ciało
połknęła ziemia w Oxfordzie
6 lipca 1962 roku
(stan Missisipi).
Oraz początkujący czytelnik.
Pytania i odpowiedzi
Zmarłych,
zakodowane w książkach,
powielane,
krzyżują się
jak fale radiowe w eterze
z naszymi pytaniami, odpowiedziami
(adeptów literatury).
Odpowiadają nam czasem
Ci Wielcy.
Najczęściej propozycją,
by samemu znaleźć odpowiedź,
jeżeli istnieje takowa...
- Mam teraz wrażenie,
że duchy wielkich pisarzy,
gdzieś w pustce,
zaśmiewają się w kułak
z naszych
mocno zakłopotanych
min.
Zakłopotanych faktem,
że rozwiewamy się w mgłę,
Mgłę,
którą rozwadnia powietrze.
Codziennie umiera Chrystus w nas
Codziennie umiera Chrystus w nas.
Codziennie On zmartwychwstaje.
Codziennie umiera
Chrystus w nas,
z wielkim krzykiem
umęczonym:
- Boże mój, Boże mój,
Czemuś mnie opuścił?
I codziennie Chrystus
zmartwychwstaje w nas
i słyszy wtedy głos Ojca:
- Jeszcze nie czas,
mój Synu,
jeszcze poczekaj…
Co ja robię przed zaśnięciem ?
W ciągu tej podniosłej chwili przed zaśnięciem,
oczywiście - i rzecz jasna -
wpływam swoim jachtem "Crazy Ship" do
jednej z zatok wyspy Noa Noa z
Lidią Stanisławską na pokładzie...
Schodzimy na ląd (wpółobjęci),
wsiadamy do naszego malucha (Mercedes-Automatic)
i prujemy na kielicha do
Romana Polańskiego, który
akurat kręci tam film z
gwiazdami (stars), których
nie wymienię tutaj z braku miejsca…
I tak dalej!
Cokolwiek zrobisz, będzie dobrze -
Panie Boże - mówiąc najogólniej.
Cokolwiek ześlesz mi:
chorobę albo śmierć, dobrobyt, nędzę,
nie będę się sprzeciwiał. Ani razu.
Nie będę dziękował. Ty nie chcesz tego.
Nie będę złorzeczył, to daremne.
Cokolwiek zrobisz, jest okej. Najlepiej.
Rób co chcesz, wszystko przyjmę, zawsze.
Przychodzi miłość
i zachodzisz w głowę:
jak mogłeś dawniej
nie wierzyć w jej istnienie?
Przychodzi wiara
i stajesz osłupiały.
Jakie to proste:
po prostu wierzyć, wierzyć!
Przychodzi śmierć,
i jest taka zwyczajna, prosta.
Uśmiechasz się lekko:
jak mogłem się jej bać kiedyś?
Jest także nadzieja.
Ona jest zawsze.
Najbardziej wtedy,
gdy wydaje ci się, że odeszła na zawsze.
Jest jeszcze Coś,
nieuchwytne, niepoznawalne, niewidoczne.
Nie ma Tego,
więc jest!
Cóż mnie i tobie, bracie mój?
Ty ukochałeś świat materii,
a ja z duchami za pan brat
żyję. Sam duch lub prawie duch.
Nasz język taki sam, a inny.
Inne znaczenia mają słowa
te same dla mnie i dla ciebie.
My, różne dzieci jednej matki.
Gdy mówię: miłość,
ty wybuchasz śmiechem.
Gdy mówię: człowiek,
ty prostujesz: zwierzę.
Prawą dłoń daję,
ty wyciągasz lewą.
Gdy się uśmiecham,
ty wykrzywiasz twarz.
Cóż mnie i tobie, bracie mój ?
Jesteś w ciemności pogrążony
i wiem, że tam jest twoje miejsce.
Światłość zabije cię, gdy wyjdziesz.
Radujcie się, dobrzy ludzie,
bo oto narodził się poeta.
Drżyjcie wy, źli i małego serca,
trwóżcie się, bo oto narodził się poeta.
On ludzi prawych poprowadzi na łąki zielone,
nad wody spokojne poprowadzi ludzi prostych.
Poprowadzi ich tam, gdzie prowadzi go głos Pana.
Poprowadzi ich tam, gdzie każe jemu Pan.
Złych i prostaków nie wyprowadzi ze śmierdzących piwnic,
ale dobrych uwolni od złych, odłączy od zła.
W ciemną otchłań strąci gnębicieli,
pospołu z tyranami, złodziejami, głupcami.
Chwalcie dzień, ludzie dobrzy,
w którym narodził się poeta.
Płaczcie i szlochajcie szakale,
bo poeta obróci wasze zło przeciw wam.
Dzień to szczęśliwy, w którym narodził się poeta,
szczęście dla kraju, w którym urodził się.
Poeta, który jest wolny także w więzieniu,
poeta, którego nie imają się kule.
Poeta, który przesłuchuje przesłuchujących go,
poeta, który sądzi niesprawiedliwych sędziów.
Poeta, który słyszy głos Boga i przekazuj go dalej.
Poeta, który zna szatana i panuje nad nim.
Szczęśliwy kraj, który ma swojego poetę!
Szczęśliwy poeta, który ma swój własny kraj!
Czekaj, czekaj uparcie,
ktoś już właśnie wysłał
do ciebie list
z dobrą wiadomością.
Czekaj wiernie,
już po telegraficznym drucie,
radiową falą,
przez posłańca
zdąża do ciebie
dobra wiadomość.
Czekaj i nie ustawaj,
wierz i nie wątp,
już uzgodniono gdzieś,
że należy powiadomić cię
o tej dobrej nowinie.
I wcale nie będzie ci przykro,
uwierz mi,
gdy w końcu przyjdzie do ciebie
tylko śmierć i powie:
Już jestem.
To właściwie także
niezła wiadomość.
Miałem w życiu ważną misję do spełnienia.
Dziś już zapomniałem jaką.
Chciałem kiedyś napisać książkę mojego życia.
Dziś śmieję się z tego.
Nie interesuje mnie już kobieta,
na którą oczekiwałem drżąc.
Jeśli zacznie się najcudowniejsze,
najbardziej frapujące, jedyne w swoim rodzaju
widowisko świata - nie wołajcie mnie!
Nie budźcie mnie o świcie,
nie tęsknie za uroczymi wschodami słońca.
Podobno jutro będą witali kosmitów.
Jestem zbyt leniwy, aby pójść.
Powiedziałem księgarzom, aby nie odkładali dla mnie
najnowszych bestsellerów.
Jeśli zaprosi mnie królowa angielska,
usprawiedliwcie mnie czymkolwiek.
Trwanie, słodkie lenistwo
- oto najwyższa sztuka.
Jestem drogowskazem,
który nie może ruszyć w drogę,
którą pokazuje
Jeżeli ruszę nią,
kto za mnie wskaże kierunek tym, którzy nadchodzą,
młodzi, wciąż nowi?
Wielokrotnie próbowano mnie odwracać,
abym wskazywał mylną drogę
Ale jestem jak słonecznik,
Pokazuję wciąż ten sam kierunek:
ku słońcu.
Jeszcze stawiasz zaciekły opór,
czterdziestoletnia.
Za wszelką cenę
nie dać się wygryźć z młodości.
Coraz ci trudniej
wtłoczyć się
w amerykańskie dżinsy.
Maseczki i kosmetyki
z trudem zastępują
młodą skórę.
Barwniki nie działają wiecznie.
Aż przychodzi dzień,
że kapitulujesz.
Stajesz rano przed lustrem,
blada.
Badasz palcami swoje policzki
i postanawiasz nagle
nie robić od dziś makijażu.
Być może płaczesz wtedy
patrząc martwo
na białą flagę
swojej twarzy.
Gdy zamkniesz oczy - widzisz jaśniej,
bo funkcję wzroku przejął dotyk.
Zanurzasz się w jej wrzące wnętrze.
Cały erotyk.
Jeśli jakiś zwariowany psychiatra
powie ci, że jesteś chory na
nieuleczalną chorobę, która
nie ma nazwy, to
roześmiej mu się prosto w nos i powiedz:
- To nie żadna choroba, szefie!
To nie żadna nieuleczalna choroba.
To tylko moja młodość się skończyła!
A kiedy wręczy ci receptę na
słabe narkotyki, to przedrzyj ją na pół i
rzuć mu pod nogi ze słowami:
- Truj się, kochasiu, sam!
Po tym wszystkim, rzecz jasna,
wyjdziesz na ulicę i
zobaczysz, jaki wspaniały jest świat.
Zajmiesz się czymkolwiek
- przyrzekam ci –
będziesz szczęśliwy.
Opowiem wam taką historię.
Napisałem wiersz.
Ten wiersz wydrukowała
jakaś gazeta.
Potem ten wiersz
przeczytałem
na jakimś wieczorze
autorskim.
A po przeczytaniu
przeze mnie
tego wiersza
jakiś człowiek
zaczął się
głośno śmiać.
Mnie wtedy wcale
nie było do śmiechu.
A potem ten człowiek
wrócił do domu
i nieoczekiwanie
zapłakał.
Bo jest jeszcze przecież
inna materia!
Ta, z której zbudowane są
nasze sny,
promienie słońca...
I odbicie w lustrze
zdziwione,
niepewne,
z której strony jesteśmy my
prawdziwi...
I nasze marzenia.
Są inne wiersze,
które nie ty napisałeś.
Są inni ludzie,
którzy nie są tobą.
Inni bogowie,
z których żaden nie jest twoim Bogiem.
Jest inny sposób myślenia,
który nazywasz obłędem.
jest tolerancja,
ale obowiązuje
tylko w obrębie twojej kasty,
Są inne wiersze,
których nie przeczytasz nigdy,
Jest inny glob,
o którym wiesz tylko tyle,
ile powiedziała ci
twoja fantazja.
Inne maszyny,
których nie umiesz obsługiwać.
Inne języki
będące dla ciebie bełkotem.
Inne zwyczaje,
zupełnie nie do przyjęcia.
Inne kobiety
odrażające lub przerażające.
Są inne wiersze.
Inne.
Choćbyś napisał 200
wspaniałych książek,
choćbyś dostał "Planetę",
Goncourtów, "Feminę",
Pulitzera i literackiego Nobla.
Choćby twoja pisanina
była tłumaczona
na wszystkie języki świata
a nakład jej osiągnął
sumę biliona egzemplarzy.
Choćby za życia
wystawili ci pomnik:
"Wieszczowi - Rodacy".
Choćbyś chodził
dumny z tego powodu
jak paw albo
choćbyś zamknął się
z tego powodu
w wieży z kości słoniowej
(z zapasem alkoholu).
Choćby wmawiano ci
codziennie, że dalej
już nie można pójść
w dziedzinie pisania.
Choćbyś pękł,
albo wściekł się,
to przychodzi nowy dzień,
budzisz się, robisz sobie herbatę
zapalasz papierosa
i zły jak diabli
zasiadasz przed białą kartką
z zupełną pustką w głowie
i zaczynasz wszystko od początku,
od bezwzględnego zera,
od niczego,
i to jest właśnie
istota pisania.
Jak daleko do Jeruzalem?
Kiedy skonasz, będziesz u celu.
Kiedy bok ci przebiją włócznią,
kiedy włożą koronę z cierni,
gdy golenie strzaskają pałką.
Wtedy staniesz u wrót Jeruzalem.
Teraz jest 12 kwietnia 1979 roku,
teraz jest godzina szesnasta piętnaście,
teraz jest milion lat po narodzeniu Chrystusa,
teraz jest karbon,
teraz rodzi się Chrystus,
teraz Go krzyżują,
teraz Krzysztof Gąsiorowski z "Poezji"
czyta mój obrażony list,
teraz rodzi się mój ojciec,
teraz Buniowi wpadł do głowy pomysł
na "Życie Arsieniewa",
teraz umiera Napoleon,
teraz Herbert pisze wiersz,
teraz kwitnie jabłoń,
teraz zdycha Hitler,
teraz zdycha Stalin,
teraz wystukuję powoli na maszynie
ten wiersz,
teraz John Berryman skacze z mostu,
teraz Iwaszkiewicz przyjeżdża do Warszawy
po raz pierwszy,
teraz Iwaszkiewicz kończy 100 lat,
teraz Frank O'Hara budzi się w Nowym Jorku
ze straszliwym kacem,
teraz płonie Moskwa,
teraz zapada decyzja
o zrzuceniu bomby na Nagasaki,
teraz zapada decyzja
o totalnym zbombardowaniu Drezna,
teraz nie wiadomo kto,
nie wiadomo gdzie
bierze swą pierwszą dziewczynę,
teraz jest teraz
teraz jest wczoraj,
teraz jest jutro,
teraz myślę,
jaki będzie następny wers
tego wiersza,
teraz w PIW-ie beztrosko odrzucają
mój tom wyrwanych z serca opowiadań,
teraz rodzi się nie wiadomo kto i gdzie,
teraz on umiera,
teraz,
czyli teraz,
czyli zawsze,
wszędzie,
zawsze i wszędzie jest teraz:
jednoczas, jednoczas, jednoczas.
Tak, przyjacielu. Dojdziesz i ty do tego.
Jedyny nasz ratunek jest w obłędzie.
W śrubie, zajobie, pierdolcu i obłąkaniu.
Tylko tam, w tym, uwierz mi. To pewne.
"Błogosławieni ubodzy duchem
albowiem ich jest Królestwo Niebieskie."
Błogosławieni szurnięci
albowiem już tu, na ziemi,
są w raju.
Sam się o tym przekonasz, przyjacielu.
Jedyny nasz ratunek jest w obłędzie.
Zobaczymy to, co chcemy zobaczyć.
Usłyszymy to, co chcemy usłyszeć.
Będziemy czuć to, co chcemy odczuć.
Przestanie istnieć czas, przestrzeń i grawitacja.
Nie będzie żadnych zapachów, jak we śnie. Będą na pewno kolory.
Wszystkie fantastyczne kolory wszechświata i wieczności.
Taka będzie nasza śmierć, to pewne.
A kiedy kiedyś, może to nie wykluczone,
powstaniemy znowu do jakiegoś nowego życia,
nie będziemy pamiętać niczego, co było.
I nie będziemy wiedzieć, co nas czeka dalej.
Zupełnie tak samo jak nie wiemy tego dziś.
„Pisarze powinni mieć duszę
silną i nieustraszoną,
gdyż ich brzemię jest ciężkie
i długa jest droga,
którą przebyć muszą”.
To są słowa
chińskiego poety Li-Ki.
Ta droga nie kończy się nigdy,
to brzemię nigdy nie staje się lżejsze,
z tej drogi zboczyć niepodobna,
skoro się już na nią wkroczyło.
Ale tego wszystkiego dowiadujemy się,
kiedy jest już za późno.
Dożywotni skazańcy.
Skazani na pisanie.
To można (później, później)
porównać do nałogu.
Który rzucamy wielokrotnie
i bezskutecznie.
Aż przychodzi śmierć,
i delikatnie, delikatnie
wyjmuje nam pióro
z omdlewającej ręki.
Chyba jesteśmy jej wtedy
wdzięczni za to.
Śmierci.
Chyba tak.
Jeśli jestem poetą,
to jestem zwiadowcą,
członkiem rekonesansu,
forpoczty
wysłanej w stronę śmierci.
Która ucieka przed nami,
jak uciekający
łuk horyzontu.
Jeśli jestem poetą,
jeśli umiem pisać wiersze.
Tak jakby ktokolwiek
umiał to robić...
Już nigdy nie będziemy kochać tak jak wtedy
Miła, to sentymentalne,
ale nie mogę, nie mogę zapomnieć
nas wtedy,
wtopionych w bursztyn ciszy.
Z jaką nieśmiałą obawą
dotykaliśmy swoich rąk:
skrzydeł egzotycznych ptaków.
To powraca do mnie
jak motyw śmierci.
Tak świeże były nasze ciała,
tak czyste,
ciała prawie dzieci.
Kim, jak nie dziećmi byliśmy,
niewinnymi,
bardziej świętymi
niż wszyscy święci.
To jak zadra
tkwi w mej pamięci.
Nasze błękitne oddechy,
nasze źródlane oczy
jeszcze nie tknięte szronem przerażenia.
Nasza czułość
delikatna jak nalot pyłku na śliwkach,
czysta i krucha jak płatek lodu,
naiwna jak psiak.
Już nigdy nie będziemy kochać
tak jak wtedy.
Jest ta granica, którą przekroczyłeś.
Jesteś już za nią, jesteś poza śmiercią.
Teraz, gdy kochasz, to jest tylko seks.
Teraz, gdy mówisz, to są tylko słowa.
Już wiesz, że w księgach wcale nie ma życia.
Już wiesz, że teatr, to jest udawanie.
A dzień jest tylko odmierzaniem godzin.
Noc też jest czasem dla odmiany czarnym.
Ci ludzie obok są puści, jak ty.
Gdy słyszysz psa, to widzisz szczekanie.
I czasem staniesz w grudniowym przedświcie,
i chcesz się bać, ale się nie boisz.
I z głową w popiół zadartą chcesz wyć,
lecz myśl ta znika, zanim napniesz krtań.
Butelka wódki niewiele pomaga.
Ogrzewa tylko trochę cały chłód.
Uciekasz ciągle do powrotu w próg.
I tylko jedno żyje w tobie – trwać!