Wiem,
Spłynie na nas ten
narkotyczny spokój,
błękitny.
Będziemy chodzić w nim
jak zakochani
zaczadzeni miłością,
z wilgotnie rozświetlonymi oczami...
Będziemy zachwycać się tym wszystkim,
co dotychczas paraliżowało nam ruchy:
zasuszonym kwiatem w Biblii,
wyblakłymi fotografiami,
nagrobkami najbliższych o barwie popiołu,
osuwającym się czasem...
I z pogodnym uśmiechem
przekroczymy spokojnie
tę granicę,
za którą jest
owa wytęskniona Kraina
tak soczyście kolorowa
jak filmy amerykańskie w technikolorze;
ten raj, ten eden,
to inne życie.
Życie!
Łączy metal z tlenem
i łączy ręce kochanków.
Spaja ziarnko wody z ziarnkiem
w wielki ocean.
Spoiwo życia sprawia,
że w dwóch
przeciwległych punktach
kuli ziemskiej
rakiety kościołów
nie startują w kosmos.
Spoiwo życia
robi prawie idealne kulki:
kulka ziemska,
śrut,
kropla wody…
A więc podejrzewam,
że spoiwo życia
jest formą na kulki
wszystkich rozmiarów!
Z której czasem są też odlewane
wynaturzone odlewy
człekokształtne.
Spoiwo życia robi także:
psy,
koty
i inne gady.
Z czasem spoiwo się zużywa
i znów pozostaje tylko
kupa wilgotnej gliny…
Ale zapasy spoiwa
są wciąż odnawiane.
Zdają się być niewyczerpane.
Co kojarzy mi się
z owym na pozór
wariackim pomysłem
perpetuum mobile.
Tak, tak, tak, tak.
Ciekawość,
to pierwszy stopień
do mądrości.
Poprzez piekło.
Jestem więc, czego pragniesz,
mistrzu? - zapytała Zuzanna.
Agatko, jesteś taka świeża i młoda
- powiedział mistrz. - Chcę, Krysiu, niewiele,
pokaż mi tylko swoje piękne piersi.
Dobrze - powiedziała Zuzanna. I spełniła
pragnienie starego poety. - Chciałbym jeszcze,
Izabello, pogłaskać twoje uda - powiedział
stary poeta. - Nie bój się, Basiu,
nie zrobię ci krzywdy - dodał. - Dobrze, oto
moje uda - powiedziała Zuzanna.
Boże, Tereniu - powiedział stary poeta -
chciałbym cię teraz, Marysiu, zobaczyć
w twojej całej pięknej nagości! Nic
ci nie zrobię, Danusiu, jestem już na to za
stary, więc się nie lękaj.
Dobrze - powiedziała Zuzanna
i zdjęła z siebie wszystko.
Wtedy stary poeta zrozumiał,
że jest trochę mniej stary,
niż mu się to dotychczas wydawało...
Wybacz mi Czerwony Kapturku
- powiedział potem stary poeta
nasycony, wciąż jeszcze obejmując
mocnym uściskiem rozedrganą Zuzannę.
Chciałam tego, ty Stary Wilku
- zaśmiała się Zuzanna -
tylko nie śmiałam ci zaproponować
tego sama, mistrzu.
Ja chcę tego jeszcze! - powiedział
stary poeta. - Tylko musisz trochę
poczekać, Czerwony Kapturku,
aż znowu zbiorę siły...
- Dobrze - powiedziała Zuzanna -
gdy tylko przyjdzie ci ochota,
mistrzu, to zjedz mnie znowu...
To nie będzie wcale takie głupie,
jeśli,
studiując zen,
powiesz mi,
że gałęzie drzewa
wgryzają się w ziemię powietrza
i piją wody wiatru,
a drzewa korzenie
tkwią w powietrzu ziemi
i owiewa je wiatr wód...
To nie będzie wcale takie głupie,
ale nie zdziw się wcale,
że gdy to powiesz,
to tak cię walnę
w tę twoją przemądrzałą gębę,
że wywrócisz się do góry nogami
i spostrzeżesz,
że gałęzie drzewa
owiewa wiatr,
a drzewa korzenie
tkwią mocno w ziemi!
I tylko nie próbuj
wmawiać mi wtedy,
że to ja stoję
do góry nogami!
Widzieć,
że zbliża się ta ostatnia granica
szybciej,
niż najszybsza prędkość
- prędkość światła -
i nie wpaść w panikę
(zwariować)
spoglądając na pokos dni zmarnowanych,
ale czy zmarnowanych,
tak jakby tu cokolwiek mogło być
korzyścią na dłużej,
niż spełnienie...
Wiedzieć o tym na pewno,
czuć to boleśnie
(najgorsze są świty),
a mimo to wstać normalnie
o piątej trzydzieści,
umyć twarz, zęby i ręce,
zapalić papierosa,
popić go mocną herbatą,
wziąć śniadanie,
zamknąć drzwi na klucz,
pójść jak co dzień do pracy,
tam przebrać się w wilgotny ferszalunek,
włączyć maszynę
i pracować
(a czas nieubłaganie okrada nas z życia)
to,
to jest naprawdę heroizm...
I jedyne wyjście!
Kogo nie boli,
ten nie pisze wierszy,
bo po co?
Wiersze piszą ci,
których boli,
tak jakby mogły one
zmienić cokolwiek...
Wiersze piszą ci,
których zawiodły
wszystkie
przeciwbólowe
środki...
A więc wiersze
to dla nich
uśmierzające
tabletki ze słów.
Trudno powiedzieć,
co dokładnie boli poetę,
w którym miejscu?
Ból ten
jest podobny do bólu
nogi faceta,
któremu nogę
amputowano...
Pisanie wiersza,
to wysiłek poruszania
tą odciętą
nogą.
Który nie chce mówić o niczym
ani nieść ze sobą żadnych treści,
nie che pouczać, nauczać, być zaangażowany.
Taki wiersz, który chce co najwyżej
przyglądać się bezmyślnie Czytelnikowi,
bez słowa, gestu, bez ruchu.
Wiersz, który chętnie - zapewne - usłyszy,
co ma mu do powiedzenia Czytelnik,
jeśli ma.
Taki wiersz, mam nadzieję,
właśnie udało mi się napisać.
To nie ludzkość wykradła bogom ogień.
Zrobił to Prometeusz.
To nie ludzkość skonstruowała żarówkę,
Zrobił to Edison.
Koło wynalazł jeden anonimowy facet.
Amerykę odkrył Kolumb.
I Kopernik był sam,
z gwiazdami.
Druk wynalazł Gutenberg.
Mendelejew swą tablicę.
W mojej głowie urodził się pomysł
tego wiersza.
To nie Niemcy urządzili rzeź Europy.
Zrobił to Hitler.
To nie naród atakuje sąsiada,
Rozkaz ataku wydaja wariat ze szlifami,
albo bez.
To nie Amerykanie zrzucili bombę atomową
na Hiroszimę.
Zrzucili ją zbrodniarze ze sztabu.
To nie społeczeństwo zatruwa rzeki.
Zatruwają je dyrektorzy: X, Y, Z
z fabryk: A, B, C.
Tyran U. sabotuje demokrację,
nie naród U.
To generał P. trzyma palec na spustach
wszystkich karabinów maszynowych w Ch.
Ten wiersz napisałem ja.
Także dla ludzi.
Sprawiedliwości nikt nie przyniesie,
ona przyjdzie sama, jak świt.
Będą zdarte garnitury z tych,
na których wyglądają jak przebrania.
Nieukom sprawiedliwość wyjmie z ręki pióro,
a włoży w nią miotłę, ich właściwe narzędzie.
Gadatliwi głupcy
będą kłaniać się z daleka
milczącym mędrcom,
jak powinno być, a nie jest.
Kolory:
Czerwony, zielony,
niebieski i żółty
zostaną rozprowadzone
we właściwych proporcjach.
Także kolor szary i fiolet,
także szary i brunatny,
oraz biel,
bo żadnego nie może zabraknąć.
Kłamcom sprawiedliwość
pomiesza zmysły,
już nie będą rozróżniać
prawdy i zmyślenia.
Złodzieje będą się okradać sami,
nawzajem.
Mordercy wymordują się pomiędzy sobą.
Sto małych pomniczków przetopi się
na jeden,
ale wielki.
Tak będzie, kiedy przyjdzie sprawiedliwość.
Przyjdzie sama,
nie przyspieszymy tego
ani tego nie opóźnimy.
Przyjdzie sama,
nieunikniona,
jak świt.
Nie, nie zrobisz nic.
Trzeba żyć.
Po prostu trzeba żyć.
Trzeba żyć w więzieniu
i trzeba żyć w zakładzie dla obłąkanych.
Na obczyźnie i w nieznośnej domowej atmosferze.
Trzeba żyć z listem gończym za tobą
i z wyrokiem śmierci
bez apelacji.
I z rakiem płuc,
który skończy się pewną śmiercią.
I kiedy statek tonie.
I kiedy samolot spada.
I kiedy już nie można żyć,
już nie.
Mam taką półkę
w swojej szafie.
Na samym dole,
mało widoczną.
Tam stale w pogotowiu
stoją w demokratycznym porządku:
Biblia,
butelka alkoholu
i tabletki od bólu głowy.
Stosuję je wybiórczo,
albo wszystkie razem.
Czasami bywa jednak tak,
że nie pomaga żadne z nich.
Wtedy można jeszcze
rozejrzeć się za kobietą.
Udawaj, że jesteś
błogosławionym ojcem Kolbe,
że jesteś Janem Pawłem II,
że jesteś Januszem Korczakiem,
że jesteś matką Teresą.
Że jesteś dobry,
dobry i miłosierny.
Udawaj, że jesteś Gandhim,
że jesteś wszystkimi
świętymi męczennikami pańskimi.
Że jesteś zapachem róży,
powiewem łagodnego wiatru,
balsamem.
Udawaj, udawaj, udawaj.
Tak długo,
aż staniesz się tym wszystkim
naprawdę.
Kto umie płakać,
umie kochać.
I umie nienawidzić.
Kto umie płakać
- umie być człowiekiem.
Kto płakać umie
- nie wstydzi się łez.
Kto umie płakać
- nie jest płaksą.
Płacz jest bronią zaczepną,
I jest białą chorągwią poddania.
Jest powiewem nadmiaru szczęścia
grożącego eksplozją serca.
Jest kulkami wody,
które można zanalizować chemicznie.
Jest cząstką człowieka,
której zanalizować nie sposób.
Którego zanalizować się nie da.
Śmiech poprzez łzy
także jest płaczem,
tylko wesołym.
Płacz rozpaczliwy
jest bratem agonii.
O płaczu dzieci
nie napiszę ani słowa.
Przeszkadzają mi łzy.
Niebo jest niebieskie
i na swoim miejscu.
Ziemia jest łaskawa
nosić mnie jeszcze.
Mam apetyt jak bydlę
i mam ochotę
na wszystkie kobiety świata.
Uwierzyłem, że wiersze
(także moje)
są ludziom niezbędne do życia.
Mam tysiąc złotych
i pewną nadzieję
na kilka takich samych.
Czytam św. Augustyna,
który umacnia mnie w przekonaniu,
że śmierć nie jest dobra, ani zła
(w ślad zresztą za Łukaszem Górnickim).
Czechowicz mu wtóruje:
"Nie ma się czego bać".
Wiosna nie może się jakoś urodzić,
ale to nic, przyjdzie czas.
Wszedłem w siebie
(w sensie ewangelicznym)
i pogodziłem się:
z Bogiem, ludźmi, samym sobą i wszystkim,
co mnie otacza
i co ja otaczam.
Polubiłem nawet recenzentów wydawnictw
i redaktorów pism literackich,
co wydawało mi się zawsze niemożliwe.
Pisarstwo (w tym poezja)
do niczego nie upoważnia,
powinno być
i ukojeniem, pocieszeniem,
jak religia.
Słowem: wszystko jest okej!
Wszystkie samochody są równe
Popatrzcie:
Wszystkie samochody są takie same!
Wszystkie z metalu,
mają po cztery koła, kierownicę i silnik.
Niektóre są czerwone,
inne białe, a jeszcze inne - czarne.
Są też żółte,
ale to tylko kolory,
poza tym
- wszystkie samochody są równe!
Niektóre - co prawda - wyciągają 200,
inne zaś telepią się ledwie setką,
ale poza tym, do diabła:
wszystkie samochody są przecież równe!
„Lincoln” kosztuje około
dwudziestu tysięcy dolarów,
ale są też śmiecie po dwadzieścia tysięcy
złotych.
Jednak wszystkie mają:
sprzęgło, gaz, hamulce i światła mijania.
Więc powtarzam:
Wszystkie samochody są równe,
równe!
Wolność to jest po prostu
brak krat
żelaznych.
Te kraty
niewidzialne,
które są w nas,
są tam na zawsze!
Więzienie
to są stalowe kraty w oknach.
To jest stalowa siatka
rozpięta nad spacernikiem.
To są stalowe drzwi,
które dziurkę od klucza
mają tylko z jednej strony,
tamtej.
Więc wolność to jest po prostu
brak kart
żelaznych.
To są dwie dziurki od klucza
i dwa klucze,
jeden mój.
To jest niebo
nie uwięzione.
Wolność nie jest bezgranicznym chaosem,
wolność jest ograniczeniem,
jest więzieniem.
Wiedzą o tym dobrze recydywiści,
którzy już nie umieją żyć
w tej bezbrzeżnie wolnej niewoli
zza krat.
Więc prawdziwa wolność
jest nałożeniem sobie więzów,
i zaakceptowaniem tych pęt.
Wolność prawdziwa jest zmierzona i odmierzona,
jest skrupulatnie zapisana i sprawdzona,
wymierzona z dokładnością do setnej części sekundy.
Jest bezpieczna.
Jest uporządkowana.
Jest porządkiem.
Jest tą pewnością,
że przedmiot położony przez nas
na stałym miejscu,
będzie tam także nazajutrz, zawsze.
Prawdziwa wolność
mieści się dokładnie w treści słowa - wolność.
Nie wykracza ani kawałek poza to słowo.
Nie wylewa się poza
litery: „w” i „ć”.
Kończąc przypominam:
wolność jest więzieniem,
chociaż w pierwszej chwili
może to wyglądać
na paradoks.
Wyjść z obłędu
to wyjść z labiryntu
bez żadnej nici Ariadny w ręku
- jakie to trudne.
Dlatego udaje się to niewielu.
Iluż z nas
do końca życia
będzie błądziło
ciemnymi korytarzami
swojego umysłu…
Bez nadziei,
coraz bardziej gorączkowo.
Aż upadnie zmęczone ciało.
Dusza zaś na pewno
opuści ciało z radością.
Ciało, które - myślę -
było dla niej też jakimś labiryntem,
w którym miotała się beznadziejnie.
Pozornie beznadziejnie.
Czasem,
gdy w kosmosie literatury
rozmawiam z Szekspirem
albo
słucham pijanego Jesienina
błądząc bulwarami
białokamiennej Moskwy,
słyszę nagle
jak matka woła:
- Janku, przynieś no wiadro wody!
Sorry, Willy,
mówię,
albo:
minutoczku, Siergiej…
I uruchamiam tę cudowną maszynę swojego ciała,
i śmieję się,
bo matka nie wie,
że ja jestem tutaj,
w Londynie,
za kulisami teatru "GLOB"
a tam
ten fantastycznie posłuszny mi robot
bierze wiadro,
idzie ku studni,
nabiera wody,
wraca...
Wczoraj dotarł do mnie
telegram jej strachu.
Wróciłem natychmiast.
- Nie płacz! - mówię. - Jestem przecież tutaj.
Wypady do wieczności
po poezję,
tak to mniej więcej wygląda.
A więc nie uprawianie poezji,
pokorne,
niby uprawianie roli.
To raczej owe wyprawy
hord skośnookich
po łupy wojenne.
Te niebezpieczne wyprawy
z których wraca się w glorii,
z jucznym tabunem koni.
Innym razem powrót jest smutny.
Nie wiezie się nic,
oprócz ran, wstydu i wściekłości.
A czasami
z tych wypraw
nie wraca się wcale.
Ze snu obudzony latem tego roku,
po trzydziestu trzech latach śpiączki chorobliwej,
po raz pierwszy naprawdę poczułem, że żyję,
że trawa jest zielona i błękitne niebo.
I smak wody poczułem, gardłem, całym sobą.
Poczułem zapach ziemi, węchem i palcami.
I poczułem, że śmierć wcale nie jest straszna.
Że ona jest po prostu, tak samo jak ja.
Już nie boli mnie serce, gdy umiera człowiek.
Żołądek się nie ściska, gdy umiera ptak.
Dziś dla mnie jest zwyczajne, dawne, niepojęte.
Tak samo dziś traktuję i prawdę, i fałsz.
Pisząc: las, chcę, abyś udał się do lasu
i czytał las krokami, nosem, okiem, słuchem,
skórą, więc całym sobą. Mój las zapisany
nie jest lasem, jest tylko drogowskazem w las.
Kiedy mi mówią,
że dobry Bóg zabiera po śmierci
wszystkich ludzi do siebie, do nieba,
mówię - tak!
Kiedy mi mówią,
że nie ma żadnego Boga
i zdycha się raz na zawsze,
dokładnie i nieodwołalnie,
mówię - tak!
Mówią: święte, to kurwy,
a kurwy to święte.
Mówię - tak!
Mówią: domy wariatów
są pełne zapoznanych geniuszy.
Tak - mówię - tak!
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie,
- mówią - bo biedny zawsze dostaje w kość,
a bogaty i tak się wywinie...
Tak - mówię - tak!
Mówią: jest pan zdolny,
błyskotliwy i wybitny,
przystojny i inteligentny,
mądry i moralny,
wstrzemięźliwy...
Tak - mówię - tak!
Mówią:
jest pan wariatem,
alkoholikiem, głupcem, idiotą,
grafomanem, erotomanem,
zerem,
przestępcą,
nikim,
Tak - mówię – tak.
Mówię: tak, tak i jeszcze raz - tak!
I odwalcie się wreszcie ode mnie.
Jeśli usiłuje się być artystą,
mężem stanu, świętym, mitem,
kimś tak ciągle na afiszu,
to najlepiej nie przeklinać,
nie pić alkoholu,
nie oglądać się za kobietami,
nie okazywać nigdy zdenerwowania,
mówić wszystkim tylko miłe słowa,
uśmiechać się bez przerwy,
nie okazywać irytacji,
nie pluć,
nie drapać się,
nigdy nie kłamać,
nie mówić: nie wiem,
nie być brudasem,
nie pociągać nosem,
nosić zawsze czyste skarpetki,
nie robić nigdy błędów,
nie mylić się
nie narzekać,
nie pocić się,
nie płakać,
nie śmiać się na całe gardło,
nie odmawiać,
nie wymawiać się,
nie mieć innych bogów,
nie chorować,
nie kłócić się,
nie chlipać przy jedzeniu,
nie mieć innego zdania,
nie smarkać w rękaw,
nie czochrać się,
nie chodzić nawet do wychodka,
czyli po prostu - nie żyć,
tylko od razu wejść na cokół
i zmarmurowieć!
Wtedy wszyscy będą zupełnie zadowoleni.
Jest pan notowanym przestępcą politycznym,
powiedział do mnie jeden tajniak.
Jest pan pijakiem i chuliganem,
powiedział do mnie jeden gliniarz.
Jesteś wyrodnym synem,
powiedziała do mnie moja matka.
Jesteś sukinsynem,
ryknął do mnie ktoś nieważny.
Cham, rzekła o mnie jakaś kobieta.
Nieznośny, nieznośny,
to słowa dosyć miłej dziewczyny.
Poecina, pisarzyna,
napisał jakiś krytyk.
W końcu się zezłościłem,
a niech was wszystkich cholera weźmie,
powiedziałem.
Kiedyś, potem, wiele lat później
Pan Bóg przemówił do mnie
albo mi się tylko zdawało:
- Moje dziecko...
A Jezus Chrystus
Mu zawtórował:
- Bracie...
I odtąd już wiedziałem,
czego się trzymać.
Zasnąć nareszcie, nie zbudzić się nigdy.
Spać doskonale, w pustce doskonałej.
Nie być - być pustką, która nie istnieje.
Ale istnieje,
bośmy ją nazwali.
Spać, spać - jak kamień, nie zbudzić się nigdy.
Już do niczego. Niech tam rajskie raje
trwają w wieczności.
Spać, być wiecznością,
więc być doskonałym.
Być wieczną pustką, cokolwiek to znaczy.
Nie wstać już nigdy, do niczego, po co.
Nie zmartwychwstawać ni w ciele, ni w kwiatach.
Już nie być deszczem ni podmuchem wiatru.
Żmiją, jaszczurką.
W ogóle nie być,
nie być już nigdy.
Zacząłem umierać
26 maja 1949 roku w Koźlu,
o trzynastej z minutami,
prawdopodobnie w niedzielę.
Urodziłem się
18 listopada 1976 roku w Krakowie
na łamach "Gazety Krakowskiej".
Moim ojcem jest William Faulkner.
Moją matką jest Maria Jasnorzewska - Pawlikowska .
Ojcem chrzestnym Willy Szekspir,
zresztą nieżyjący już od około
trzystu lat.
Moi bracia,
odkąd zostali poetami,
zadzierają nosa.
Mimo to
znoszę ich.
Nasza jedyna siostrzyczka
odeszła przed kilkoma latami
do Krainy Wiecznego Pisania.
Wołaliśmy na nią Halina Poświatowska.
Moich pozostałych krewnych i pociotków
nie zdołam chyba wymienić
wszystkich.
Kto ciekaw,
niech zajrzy do słowników pisarzy.
Najlepiej zacząć alfabetycznie od
Słownika Pisarzy Angielskich i Amerykańskich.
Jestem twórcą baniek mydlanych,
które - podobno -
są ludziom równie niezbędne
jak chleb.
Żydowski poeta, Aaron Rozenfeld.
Niesłychanie pracowity.
Wzrok natchniony,
oczy nie znające zwątpienia.
Pisze po polsku.
Pedantyczny w dyskusji,
prorokuje jak Mojżesz.
Jego pióro, to laska,
otwiera nią źródła słów.
Skromny, ma trudności
z wydawcami. Ale nie
skarży się. Czeka spokojnie
na swój czas, cierpliwie.
Boże, myślę,
przecież on bez chwili wahania
poszedłby na stos,
wszedłby do jaskini lwa.
Nie boi się niczego,
jest Słowem.
Kiedy zniknie ciało,
on zostanie, jak Słowo.
Bibliografia:
- Jan Rybowicz „Wiersze zebrane”, Tarnów 1995;
- Jan Rybowicz „O kay”, Warszawa 1990;
- Jan Rybowicz „Dobra wiadomość”, Toruń 2005.