Prezentacja Flashstrona głównaJan Rybowiczgaleriaaktualnościo mniekontaktlinkilisty z daleka i z bliska
tabletki ze słów
oficjalna strona poświęcona życiu i twórczości Jana Rybowicza
listy z daleka i z bliska
…hic et nunc…
 
Januszowi
26.sierpnia 2008
 
...kolejny dzień…kiedy przeciągam się rankiem w ciepłej pościeli, nie zastanawiam się nad faktem, iż ten ranek już nie powróci…tak jak nie powróci wczoraj ani przedwczoraj…tak jak nie powrócą ludzie, sytuacje, zdarzenia…na pewno nie pod tą samą postacią…
…przemijanie…to dla filozofów…przecież „trzeba żyć!”…hic et nunc…są jednak chwile, kiedy nie da się uciec od refleksji nad przemijaniem… …chwile, w których „byłeś, byłam” nabiera większego znaczenia niż „jesteś, jestem”…refleksja, która przewierca na wylot mózg i duszę…
…bo jak tu się nie zastanawiać, kiedy odchodzą bliscy, niektórzy „dokładnie i nieodwołalnie”…cichutko jak cicho zapada noc po gwarnym dniu…cichutko jak cicho rodzi się ranek po najczarniejszej nocy…
…nie jest łatwo pogodzić się z przemijaniem…nawet ze świadomością, że każdego z nas to czeka…trzeba się bardzo starać, żeby w końcu „umieć odejść pustym szlakiem w góry tam, gdzie mieszka miłość”…trzeba też pozwolić tym, którzy już są gotowi, „odejść pustym szlakiem”…ku miłości…
 
Sylwia
26. sierpnia 2008

Anielska terapia
 
Po raz pierwszy zdarzyło mi się przyjść na dyżur z plecakiem i w turystycznym rynsztunku.
Myślałem, że te czasy skończyły się definitywnie na uczelni.
 
Powrót z Bieszczad trwał jednak dłużej, bo i na Obwodnicy Berlińskiej i w „uchu igielnym” tunelu pod Łabą w Hamburgu było tłoczno, a i im bliżej Królestwa Danii - tym więcej „turis”, tak że do ośrodka wpadłem niemalże równo z dzwonkiem.
 
„Was ist das?”
Gdyby to pytanie pochodziło od któregoś ze współpracowników, to odpowiedź mogłaby być tylko jedna…ale że był to jeden z naszych podopiecznych, to naturalnie nie było obligatoryjnego „kapusta i kwas”. Nasze bejdaki nie znają „Pancernych”, ale z „kapustą i kwasem” wiedzą,  o co chodzi i śmieją się z tego.
A śmieją się nie często, bo życie w ośrodku uzależnień nie jest różami usłane...tak jak ich całe życie.
 
O 10:00 mieliśmy od razu terapię grupową i podczas tych zajęć, patrząc na moje, jeszcze zaschniętym błotem Cisnej przybrudzone buty, przyszła mi do głowy refleksja.
 
Państwo niemieckie łoży na terapię w ośrodkach uzależnień, czy dla tzw. trudnej młodzieży bajeczne sumy. W zależności od ośrodka i „ciężkości przypadku” od ca. 100,00 do 200,00 €.
Dziennie oczywiście…
I dodatkowo kieszonkowe, ubranie i nadzwyczajne wydatki. Oczywiście…
 
Armie terapeutów, wychowawców, rozmowy indywidualne, terapie grupowe, terapia przez pracę, próby „rozsmakowania” podopiecznych w „rowerówkach”, w pływaniu, w wycieczkach, we Flohmarktach, w majsterkowaniu, w budowie modeli, pomoc przy załatwianiu pracy, mieszkania, kursy zdrowego żywienia, grupy samopomocy, do których uruchamia się transfery busikami, towarzyszenie w kontaktach z rodzinami, próby usamodzielnienia z tzw. opieką ambulatoryjną, pomoc w ogłoszeniach partnerskich, gdy ktoś wyrazi chęć posiadania partnerki...to wszystko kosztuje w końcu...
 
Pełen profesjonalizm, nic nie zostaje oddane w ręce przypadku, dokładny plan terapii, wszystko udokumentowane, wszystko reasumowane – cele osiągnięte?...cele częściowo osiągnięte?...Przedłużenie terapii o dalsze pół roku czy może o cały rok?...
 
Od środka, gdy się tkwi w tym systemie, wygląda on rzeczywiście sensownie. Wszystko ma „ręce i nogi”, każdy terapeuta zna swoje miejsce, każdy podopieczny wie, jaką rolę odgrywa, przepraszam: jaką funkcję pełni  terapeuta...pełne zrozumienie, pełna współpraca – w końcu chodzi o pieniądze podatników.
Gdyby nie jedno ALE: ilość owieczek wyprowadzonych na „dobrą drogę”.
Ona waha się pomiędzy 3% a 5%...
 
I tak siedziałem na tej terapii grupowej, próbując rozprawić się wraz z podopiecznymi z negatywnymi i pozytywnymi (bo są też i takie – nie bądźmy hipokrytami!) stronami alkoholu i narkotyków i raz po raz oczy „wędrowały” mi na to ciśniańskie błoto na moich butach...
 
Z całym szacunkiem (teraz poważnie) dla profesjonalnej terapii uzależnień i flankowania socjalno-terapeutycznego, jeżeli porównać je z „akcją profilaktyczną”, jaką przeprowadziły po raz ósmy - szczególnie dla i wśród młodych ludzi - Anioły w Bieszczadach, nie mogę pozbyć się chęci wykrzyczenia z siebie: Cudze chwalicie, swego nie znacie!
 
Na przekór wszystkim kompleksom i poczuciu zaściankowości Polski, chciałbym pogratulować Bieszczadzkim Aniołom tej gigantycznej pracy mentalnej i spirytualnej, dzięki której wielu (młodych) ludzi zaczyna żyć świadomie. Zaczyna rozprawiać się z pytaniami o cel i sens życia, miłość, moralność, Boga i wiarę, obraz człowieka, piękna świata, ciężkich chwil w życiu, rozstań i śmierci, przyjaźni – tych INNYCH spraw, „tego CZEGOŚ, nieuchwytnego, niepoznawalnego, niewidocznego”…TEGO, „czego nie ma, więc jest!”…
 
...bo jeżeli w młodym wieku człowiek zachwyci się „anielskim światem”, to niebezpieczeństwo, że będzie go szukać później w butelkach, proszkach czy pigułkach jest w zasadzie zażegnane...
 
A więc – bądźmy dumni, że wśród nas są ANIOŁY ...i poddajmy się ich anielskiej terapii ;)
 
Sławek Wójcik
25. sierpnia 2008