Józef Baran
poeta
„W 1976 przysłał mi pierwsze wiersze do redakcji Wieści, gdzie drukowałem utwory młodych. W parę miesięcy potem spotkałem się z nim po raz pierwszy w klubie Pod Gruszką. Wysoki, nerwowy, nieśmiały. Wyrzucał z siebie gwałtownie słowa i zdania, jakby nie był przyzwyczajony do dialogowania. Gestykulował długimi rękami i sprawiał wrażenie kogoś, kto nie czuje się dobrze w nieznanym mu towarzystwie.
W parę lat później był już znany w światku literackim, pokazywany w telewizji, drukowany w czasopismach, niemal modny i … w dalszym ciągu dziki, nieprzystosowany.
Bywałem u Janka wielokrotnie, ale dość szybko zrozumiałem, że wszelkie próby zresocjalizowania samotnika z Lisiej Góry, czyli wciągnięcia go do literackiego środowiska, mijają się z celem. On się tam źle czuł. Żył w jakimś zaklętym kręgu odosobnienia i nie potrafił się z niego wyzwolić, mimo wielokrotnie ponawianych prób, szczególnie w okresie debiutanckim, gdy jeszcze wyjeżdżał do Warszawy, Łodzi, Krakowa. Potem znów się zamknął w kręgu pijaczków z Lisiogórzanki. Z kolegami po piórze utrzymywał tylko wirtualne – jakbyśmy dziś powiedzieli - znajomości, poprzez listy. Naznaczony jakimś fatalnym piętnem pił z lisiogórskimi menelami, zdając sobie sprawę, że ma z nimi niewiele wspólnego poza wódką. (…)
Zwykle, gdy przyjeżdżałem do niego, stał w oknie z rękami w kieszeniach; duży i chmurny. Bardzo się cieszył z każdej wizyty, lecz starał się nie okazywać tego przy powitaniu. Był arystokratycznie zarozumiały i przeraźliwie biedny. (…)
Egzystował na obrzeżach życia towarzysko-literackiego (przez obrzeża rozumiem listy pisywane do mnie, Sołtysika, Gąsiorowskiego, Pilcha) i pogrążał się coraz bardziej w samotności i pijaństwie, oczywiście rzadko komu przyznając się, że jedno i drugie jest dla niego tak rozpaczliwe.
Czasem tylko wymknęło mu się coś żałosnego, tak jak w tym liście przedświątecznym: Jestem zerem, zerem, zerem, nie mam dziecka, kobiety, celu życia. Nawet nie wiesz, jak ci tego zazdroszczę. (…)
Samouk, oczytany w literaturze amerykańskiej i wyrywkowo w dziełach filozofów. Obarczony gwałtownym charakterem – wyzwalał z siebie całą tę dzikość w pisaniu, tworząc niezwykle wyraziste, niekiedy naturalistyczne obrazy z życia chłoporobotniczej prowincji, wyzbywającej się swojej chłopskiej kultury, korzeni i tradycji. (…)
Janek należał do gatunku tych nieposkromionych, którzy nie potrafili iść na kompromisy ni w życiu, ni w twórczości. Nie umieli podporządkować się nakazom i regułom zbiorowości. We wszystkim, co robił, mówił – nie znał miary. Łączył w swojej naturze ogień z wodą, gwałtowność reakcji z wrażliwością i wyostrzonym widzeniem świata, ludzi, sytuacji; dużą kulturę pisarską z pierwotnymi odruchami. (…)
W przeciągu kilku lat, gdzieś pomiędzy rokiem 1976 a 1981, napisał mnóstwo świetnych opowiadań, dobrych wierszy, lecz ta erupcja talentu, niezwykły wybuch sił twórczych – okazały się niepowtarzalnym epizodem w jego życiu, nad czym zapewne bolał i z czym nie chciał się pogodzić. Jeśli komuś zazdrościłem talentu, to przyznaję, iż tym kimś był właśnie Janek w szczytowej formie.”
Cytaty pochodzą ze wspomnień Józefa Barana „Ta straszna wrażliwość: Jan Rybowicz” (zawarte w „Tragarzach wyobraźni” tegoż autora).
Stanisław Potępa
historyk, artysta malarz, performer
„Nikt nie wierzył, kiedy pokazywano Jasia na tarnowskiej ulicy, że to znany w Polsce pisarz. Wyświecony garnitur, nieogolona najczęściej, nieobecna twarz, skancerowana i zmęczona. Wysoki i chudy pisarz dźwigał często teczkę z wódką albo z książkami, które na zmianę, to kupował, to sprzedawał, w zależności od wiejących wiatrów.
Strach było z nim pić. Po paru lampkach zaczynał się wydzierać krótkimi, nerwowymi zdaniami, po dłuższym czasie stawał się nawet niebezpieczny.
Chodził po ulicach Tarnowa, jakby czegoś tu szukał, zapatrzony gdzieś w niewidoczny horyzont, ale z reguły zauważał znajomych. Nie lubił tego miasta, ale przychodził tu jakby przewietrzyć się z samotności, zderzyć się z ludźmi. Rozmawiał z tobą jak z drzewem w lesie, które się mija, zanurzony głęboko w siebie, niedostępny w gruncie rzeczy. Któż go właściwie znał? Rozmawiając z tobą, rozmawiał właściwie ze sobą. Na wszystko miał zdanie ostateczne, nie dopuszczając wątpliwości i dyskusji. (…)
Internowany w stanie wojennym, co chyba było największym żartem generała, twierdził, że nigdy nie żyło mu się tak dobrze jak w więzieniu. Spał, żarł, paczki od księży do domu wysyłał i nie miał żadnych zmartwień. Rzecz jasna kpił, ale kto to wie.
Różniła go od większości tutejszych swoista agresywna prostota, całkowita obojętność na swój odbiór, obraz społeczny. Było to nawet trochę demonstracyjne, choć ta ostentacyjna i prowokacyjna obojętność mogła być formą samoobrony. Rodzajem pijackiej gotowości, spięcia, przygotowania na wszystko, na każdą ewentualność.
Jasiu nie krył się ze swoim alkoholowym trybem życia. Dźwigał go jak krzyż, jak los. Przyjął swój alkoholizm zrezygnowany i pogodzony z nieuchronnym finałem. Żył między metafizyką a delirką w świecie odartym ze złudzeń, obserwowanym z bólem, ale i żalem. Mimo wszystko, w jego tekstach, spoza kozackiej, knajackiej postawy, wyzierał ogrom żalu za życiem piękniejszym i innym. W swoich autobiografiach Jasiu chciał być bardzo szczery, ale prawdziwsza jest jego literatura, niż wykreowane, upozowane życiorysy, w których grał role, jakie sobie wymyślił.
Zresztą nasza wiedza o drugim człowieku jest zawsze wątpliwa, człowiek ten przesuwa się jak smuga światła po naszej własnej wiedzy; nasz własny obraz o sobie, też jest zawsze fałszywy. Człowiek zawsze jest czymś więcej, niż o sobie wie, powiada Jaspers, dodając, że istnieje wiele obrazów człowieka uznawanych za ideały, którymi chcielibyśmy się stać. Nie można wątpić w historyczne oddziaływanie takich ideałów, w realność społecznych typów. Jasiu wybrał sobie taki społeczny ideał artysty wyklętego i zrealizował go do końca.
Umarł jak żył. Jest to zbyt dosłowne, ale niestety prawdziwe. Przy wódce spadł z krzesła na ziemię...i odleciał. Została po nim dziura, jak zawsze gdy umiera Człowiek”.
Elżbieta Ringer
dziennikarka, do stanu wojennego pracowała w tarnowskim tygodniku TEMI; od wielu lat żyje i pracuje w Nowym Jorku
„Krakowianka z dziada pradziada, pojechałam do Tarnowa po zawodową, dziennikarską praktykę.(…) W Tarnowie dziennikarze z „Gazety Krakowskiej”, przy błogosławieństwie wojewódzkiej władzy, zakładali tygodnik „Temi”. Do stanu wojennego mieszkałam i pracowałam w Tarnowie.(…)
Nie znałam jeszcze Rybowicza. Wysłana przez naczelnego, niechętnie jechałam do Lisiej Góry, zniechęcona nie tylko opowieściami o zwariowanym wiejskim literacie, ale także tym, że się ceregielił, zanim się ze mną i z redakcyjnym fotografem umówił(…). Przed spotkaniem coś tam rybowiczowego przeczytałam, żeby się nie zbłaźnić. Umieściłam go między Nowakiem a Nowakowskim.
Rybowicz wyszedł przed dom na powitanie. Wyglądał jak osowiałe ptaszysko. Długie ręce wiecznie w ruchu, przygarbione plecy, mała głowa na długiej szyi, długi nos. Był cały jakiś taki podługowaty. Zrobił herbatę w szklankach, postawił czerwone wino. Im więcej wypijał, tym bardziej się stawał zadziorny. Nie odpowiadał na pytania, ironizował, wpuszczał w intelektualne pułapki. Byłam wściekła. Nie dość, że nie miałam wywiadu, to jeszcze ten przeklęty wiejski pisarzyna bez wykształcenia, mnie absolwentkę UJ, przerobił na totalną idiotkę! Gdy byłam bliska łez, Rybowicz zmienił taktykę i starał się być miły. Ale ja byłam obrażona i zdruzgotana. I nie lubiłam go od pierwszego wejrzenia.(…)
Ilekroć go potem widziałam (…), zawsze wyglądał jak brzydkie ptaszysko i zawsze był na lekkiej lufie. Nie miał w sobie żadnego czaru, brakowało mu ogłady, okrzesania i delikatności. Ale i w szczególny sposób był fascynujący. Może dlatego, że był szybki w myśleniu, bystry, inteligentny.
W tym nieatrakcyjnym mężczyźnie podobało mi się jego udręczenie, jego wielka namiętność.(…)
Chyba byłam częścią literackiego planu Rybowicza. Tak to widzę teraz. Wtedy miałam go za zalkoholizowanego szalonego obsesjonata, który marnuje pisarski talent. Nie widziałam cierpiącego człowieka, który przerósł samego siebie, życie i miejsce, gdzie przyszło mu tkwić. Był z innej planety.
Kiedyś wreszcie powiedział, że mnie kocha. Właściwie nie powiedział, a napisał. Przez wiele tygodni przysyłał mi codziennie na adres redakcji list, czasami dwa. Zwykle była to jedna kartka z idealnym obrazem idealnej kobiety. Byłam jego muzą! Listy te czytałam głośno kolegom, zaśmiewaliśmy się do rozpuku. Nie zatrzymałam sobie ani jednego, wszystkie wyrzucałam. Całą tę historię uznałam za jedno wielkie głupstwo.(…)
Tych listów było dużo, bardzo dużo. I dużo szyderstwa z mojej strony. Już dzisiaj nie wiem, czy ktoś Rybowiczowi powiedział, co robię z jego miłością, czy wreszcie to ja napisałam do niego list, żeby się odczepił. Wpadł do redakcji jak burza, coś krzyczał, dopadł do mnie, zaczął mnie szarpać, ktoś go odciągnął na bok. Wtedy widziałam go po raz ostatni. Zniknął. Został niesmak. (…)
Nastał czas Solidarności i Ważnej Sprawy. (…) Straciwszy nadzieję na wolną Polskę, wybrałam emigrację do Stanów Zjednoczonych. (…)
O Rybowiczu kompletnie zapomniałam. Dopiero kilka lat temu red. Jakub Ciećkiewicz z krakowskiego Dziennika Polskiego, gdy pisał pracę o Janie Rybowiczu, poprosił mnie o wspomnienia o nim. Wtedy też dowiedziałam się, ze sporym opóźnieniem, że on nie żyje, że już nie chciał dłużej żyć. Ciećkiewicz dowiedział się o moim niezwyczajnym romansie z Rybowiczem z jego zbioru opowiadań – jedno z nich nosi tytuł Listy do Elżbiety. Domyślił się, że to ja i znalazł mnie. Przeczytałam te Listy. Rumieniłam się przy każdej linijce. Rybowicz wziął swój odwet.
Nie mam dzisiaj tej książki w domowej biblioteczce.”
Henryk Cyganik
niezależny publicysta, dziennikarz, człowiek teatru, poeta
„Krótko mówiąc, Janek Rybowicz, jeden z najzdolniejszych i najciekawszych prozaików swojego pokolenia, przeleciał obok mnie jak kometa. Myślę, że pracował na tych samych falach, że świetnie rozumiałem jego prozę przez podobieństwo życiorysów. Śmiem twierdzić, że był dla swych rówieśników tym, kim Hłasko dla pokolenia 56. Kiedyś w rozmowie z pewnym krytykiem usłyszałem: Rybowicz chciał żyć, jak pisał, on upozował życie na wzór literacki, stworzył własną legendę…Że co? Że niby jak Wojaczek, Milczewski-Bruno czy Stachura? To jakieś nieporozumienie. Był to samorodny i wielki talent, który zanim wstąpił na salony literackie, ponownie schłopiał. Najlepiej czuł się w swojej Lisiej Górze. Pisanie było jego powołaniem, ale wyświęcenia na kapłana polskiej prozy nie doczekał. Może nie chciał? I rozpłynął się jak ogon komety w kosmicznych przestrzeniach.”
Tomasz Antoni Żak
reżyser, dziennikarz, twórca i dyrektor Teatru Nie Teraz w Tarnowie
„(…) Teatr, nasz teatr, to jeden plus jeden plus jeszcze jeden plus zawsze jeden. To daje wiele. Gdy boisz się, jest gdzie uciec. Gdy się radujesz, masz to z kim podzielić. Tutaj możesz też być sam. Ale uważaj – nie przedłużaj tego nadto, bo wstanie świt i zgasną światła.
Jasiu był sam. I przeżył niejeden świt. Ale przecież nie można przeżyć wszystkich.
Powiedział mi kiedyś: Taki teatr, ten twój, to tam można nie udawać, że się jest naprawdę. Teraz robimy teatr z Jasia. Rozbijamy tę ikonę i patrzymy, patrzymy, by zobaczyć siebie – zobaczyć trochę więcej niż dotąd.
Jego pisanie nigdy mi się nie podobało. On sam – tak. Mówiłem: Masz ryja, Jasiu. Powinieneś być moim aktorem. Miał ryja i kosmos ogromny i zniszczony w swej głowie.
W każdej rozmowie, zawsze – gdzieś odlatywał. I to tak, jakby nigdy nie miał powrócić. Jakby cały sens bycia w sztuce – tym ogródku Pana Boga – polegał na niekończącym zrywaniu się do lotu.
On miał rację.
Niedobrze jest mieć rację. Niedobrze dla ludzi, źle dla Boga. Racja zasługuje na śmierć. Karą bywają arcydzieła, bywa też śmierć.
Myślę, że warto mieć rację.”
Fragmenty wspomnień pochodzą z nr 2(7) 2004 „Intuicji przydrożnych”.
 |